We wrześniu ubiegłego roku, gdy tylko dotarła do mnie wiadomość o śmierci Roberta, zupełnie nie wiedziałam, co napisać. Mimo że chciałam i mimo iż z kilku stron padły sugestie, że może mogłabym… Wtedy się nie udało, a teraz po prostu samo idzie ;-)

  • Robert Klein

Robert rozpoczął swoją nurkową przygodę w 1992 roku w Australii, jednak na dobre załapał bakcyla w 1999 roku, gdy zaczął nurkować technicznie. W swoim życiu wykonał ponad 2500 nurkowań, głównie w jaskiniach Florydy i Francji oraz na wrakach Bałtyku. Uczestniczył też w wielu wyprawach. W 2000 roku, po zdobyciu pierwszych uprawnień instruktorskich, uczynił nurkowanie swoim drugim zawodem, który świetnie łączył z pierwszym – tłumacza języka angielskiego. Był instruktorem-trenerem Trimix’owym i PSCR w IANTD oraz instruktorem nurkowania jaskiniowego w IANTD i NACD. Mimo intensywnie prowadzonych kursów zawsze znajdował czas na własne nurkowania dla przyjemności i nurkowania eksploracyjne.

Z Robertem i jego ówczesną Stajnią pierwszy raz zetknęłam się na Warsztatach Nurkowania Jaskiniowego w Gębczycach w 2003 roku. Pewnie niektórych dziwił fakt, że praktycznie cała „Patatajnia” z Robertem na czele przyjechała na iście nie-DIRowską imprezę (co mogło być wtedy interpretowane jako niezły obciach). Otóż, mimo że Robert zawsze wiedział jak chce nurkować i co uznaje, a czego nie, to zawsze był po prostu ciekaw innych rozwiązań i niespecjalnie się przejmował nurkowym „establishmentem”. Czasami coś przyjmował, a czasami nie, czasami coś modyfikował a czasem nie, ale zawsze była w nim po prostu ciekawość, jeśli chodzi o wszystko, co dotyczyło nurkowania i jaskiń. Posiadał rzadką umiejętność szerszego spojrzenia na to, co można nazwać podwodną eksploracją jaskiń. Przypuszczam, że wynikało to po prostu z tego, że szanował jaskinie i ich unikalne środowisko takie, jakim jest. I człowieka w tym środowisku, ze swoimi możliwościami i ograniczeniami, wynikającymi z wielu czynników. Jego przemyślenia dotyczące nurkowania jaskiniowego zawsze wynikały z przyjęcia do wiadomości, że dane okoliczności są takimi, jakimi są. Na tej podstawie potrafił dostosować do danego przedsięwzięcia sprzęt, techniki, ludzi, działanie. Pewnie dlatego był jedną z niewielu osób ze środowiska czysto technicznego nurkowania jaskiniowego, z którą zawsze można było się dogadać i zanurkować. Zawsze pytał o ostatnie nurkowania, osiągnięcia i tak dalej, potrafił je uznać i szczerze się nimi cieszyć, mimo że nie należały do tego samego nurtu i sposobu działania co jego. Zawsze też podkreślał to, o czym obydwoje wiedzieliśmy: „Lucy, nurkujemy w jaskiniach, ale robimy coś zupełnie innego i robimy to najlepiej jak się da w danych warunkach”. Dzięki temu udawało nam się unikać jałowych dyskusji o „wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia”, zawsze było tylko pytanie: „Co naprawdę chce się w tej dziurze zdziałać?” albo „Jak to zrobiłeś/łaś?”. I nie było wątpliwości, że nikt nie doniesie twina do pierwszej budki z oscypkami w Kirach, ani że nikt nurkując partnersko w jaskini, która na to pozwala, nie będzie miał głównego oświetlenia na kasku.

Z odejściem Roberta zakończyła się (przynajmniej dla mnie) pewna epoka w nurkowaniu jaskiniowym w Polsce. Obecnie niewiele jest osób, które doświadczyły na własnej skórze jak to było, kiedy wszystko się zaczynało. W pewnym sensie było jak w jaskini przy kiepskiej widoczności, kiedy przyciskasz przyrządy do maski, żeby mieć szansę na zobaczenie czegokolwiek. Często poruszaliśmy się po omacku, wiedząc tylko tyle, że chcemy nurkować w jaskiniach. Trzeba było wszystko zorganizować, wypracować samemu, często nauczyć się na własnych błędach. Odpowiedzialność za wszystko co się działo, bez wyjątku, była w rękach osób podejmujących nurkowanie. Wymienianie się wszystkim, co udało się skądś skombinować, a zwłaszcza wiedzą, było naturalne jak oddychanie. Dlatego jakże mnie rozbawiło, gdy jakiś czas temu przeglądając opracowany m.in. przez Roberta podręcznik do kursu Full Cave znalazłam w nim rysunki takie same jak w materiałach z warsztatów nurkowych speleo przywiezionych przeze mnie z Francji wiele lat temu. Przypuszczam, że niewiele osób zdaje sobie obecnie sprawę z tego, jak w pewnym momencie środowisko osób nurkujących w jaskiniach było niewielkie i że mimo obieranych różnych celów i wynikających z tego dróg rozwoju przenikało się. Z jednej strony było to związane z okolicznościami (jak już pisałam wcześniej), ale przede wszystkim wynikało z postawy osób zajmujących się nurkowaniem w jaskiniach, a w tym Roberta. Z jego otwartości, ciekawości, pomysłowości, chęci do pomocy i niesamowitego zaangażowania we wszelkie działania, które wpływały na rozwój nurkowania jaskiniowego.

Ci, którzy mieli okazję poznać Roberta i może trochę z nim ponurkować, zawsze będą ciepło się uśmiechać na wspomnienie, że kiedyś był po prostu taki normalny, fajny facet i świetny nurek.