W życiu każdego szanującego się speleologa, a już szczególnie nurka jaskiniowego, przychodzi taki moment, że zaczyna się on zastanawiać nad kruchością życia (swoją drogą, nurkowanie jaskiniowe figuruje w firmach ubezpieczeniowych na 1. miejscu listy najniebezpieczniejszych sportów, ciekawe czemu?). Gdy zatem zdarza się okazja, by troszkę się podszkolić w sposobach kruchego życia ratowania, chętni zgłaszają się gromadnie. A gdy rzecz cała dzieje się w Dniu Kobiet (święto podobno komunistyczne i passe, ale wciąż hurtowo obchodzone), to już nie ma rady, udziału nie brać po prostu nie wypada! Zwłaszcza, gdy warsztaty prowadzą dwie kobiety :)

  • Zajęcia na razie na bazie
  • Zrobią mi krzywdę, czy nie zrobią...?
  • Żmudne nawadnianie poszkodowanego pipetą
  • Punkt cieplny - widok ogólny.
  • Kasia próbuje nawiązać kontakt z nieprzytomną Lucą.
  • Jak ja mam im powiedzieć, że nie umiem czytać??!
  • Magdalena M. przy poszkodowanej Adze G.
  • Poszkodowanym także nie brakowało poczucia humoru.
  • Pani Instruktor zadowowolona, ale zmarznięta.
  • Aga G., Magda M., Rafał K. i ich bałagan twórczy

A zatem, zmierzając powoli do sedna, 8 marca 2008 roku na bazie "U Galiców" w Kirach rozpoczęły się pierwsze, nieoficjalne, testowe, eksperymentalne, modyfikowane i doskonalone w trakcie trwania na bieżąco Warsztaty Opieki Nad Poszkodowanym (oficjalnie wiadomo było, że przeznaczone tym razem dla nurków jaskiniowych, ale ja tam swoje wiem, więc wiem, że nie wszyscy uczestnicy byli nurkami). Impreza była pokłosiem stażu Assistance aux Victimes, który odbył się w zeszłym roku we Francji. Udział w nim wzięły Agnieszka Góralska (SW) oraz Lucyna Cieślik (SKTJ), a nabytą tam wiedzę mogły przekazać swoim krajowym koleżankom i kolegom „po fachu".

Same warsztaty, które początkowo jawiły się jako powtórka z kursu udzielania pierwszej pomocy w jaskini, okazały się jednak nieco bardziej złożone. Założenie było bowiem takie, że ekipa udzielająca pomocy startuje z powierzchni, zabierając ze sobą super specjalistyczny sprzęt, jak np. klamerki do bielizny (zwane też żabkami, ale tych naprawdę zielonych było niewiele), sznurek typu sznurek, ciosane kołki drewniane (dość mocno dociekaliśmy, czy to na wypadek, gdyby ratowany okazał się wampirem) i… gwoździe. Niezbędne okazały się także mniej specjalistyczne przedmioty, a w tym m.in. lekkie nosze, kołnierze ortopedyczne typu „jak to cholerstwo się rozkłada?", szyny, grube alumaty, kamizelki KED (czytaj Kendrick Extrication Device, dla zainteresowanych: KED ), pipety i wiele, wiele innych.

Pierwszego dnia, czyli w rzeczony Dzień Kobiet, po wręczeniu płci pięknej symbolicznych kwiatków, rozpoczęły się wykłady teoretyczne, które (i ja osobiście zaczynam się powoli to takich sytuacji przyzwyczajać) stanowiły w dużym stopniu zaprzeczenie tego, czego można się nauczyć na kursach udzielania pierwszej pomocy. Stąd pojawiało się wiele, wiele pytań i wątpliwości. Teoria zaczęła przeplatać się z praktyką, gdy na bazie zbudowaliśmy dwa punkty cieplne. Stało się wówczas nieco jaśniejsze, po co nam te wszystkie dziwne przedmioty, jak sznurki, gwoździe, kołki i żabki. Mieliśmy też okazję dowiedzieć się, jak sporządza się tzw. bilans, sprowadzający się do wstępnej oceny stanu poszkodowanego przed jego transportem do punktu cieplnego. Naciskaliśmy, macaliśmy i zginaliśmy różne części ciała „poszkodowanych", a wyniki rozpoznania zapisywaliśmy na super-specjalnej karcie bilansu. Przy okazji wyszło na jaw, że kobiety i mężczyźni różnią się budową anatomiczną! W ruch poszły też kołnierze, szyny i KEDy, a potem także nosze (dużo trudniejsze zresztą w obsłudze, niż sztywne nosze ratownicze). Cóż, zabawy było co niemiara, ale i nauki dużo. Po przerwie obiadowej ponownie chłonęliśmy teorię, a następnie pakowaliśmy sprzęt zespołowy i osobisty do worów jaskiniowych, co zajęło nam czas do późnego wieczora.

Rano udało się nam wyzbierać całkiem szybko dzięki zastosowaniu tzw. Fortelu Lorczyka W Wykonaniu Więcha – "FLWWW" (czy ktoś, wie, co to jest takiego?) i cała ekipa z pieśnią na ustach ruszyła Doliną Kościeliską do otworu jaskini Zimnej. Zupełnym przypadkiem w jaskini tej miały właśnie tego dnia dwa wypadki, a naszym zadaniem było "ogarnięcie" tematu. Działaliśmy w dwóch czteroosobowych grupach. Po zanurzeniu się w mrok jaskini (a właściwie to po momentami bolesnym w miejscach intymnych zjeździe rynną lodową) natknęliśmy się niebawem na poszkodowanych i na dziwnie kręcącą się dookoła "zdezorientowaną nieco jaskiniówkę (?); speleolożkę (?); grotołazkę (?) Agę G." – od razu widać, że tego sportu nie powinny uprawiać kobiety, bo się nie da potem tego opisać… Wzięliśmy się wartko do dzieła i w rekordowo krótkim czasie poszkodowani znaleźli się w punktach cieplnych, a osoby odpowiedzialne za catering w międzyczasie upichciły coś do picia i coś do jedzenia. Po omówieniu błędów i niedociągnięć, których było oczywiście stosunkowo niewiele, czyli całkiem sporo (zależnie od tego, czy opiniował kursant, czy instruktor) posprzątaliśmy pobojowisko, a to tylko po to, żeby się dowiedzieć, że będziemy ratować jeszcze raz, coby sobie wszystko utrwalić. Cóż było robić…

Tak się zdarzyło, że w drugim podejściu znalazłem się na czele zespołów ratowników, co pozwoliło mi w pięknym stylu ominąć obydwoje poszkodowanych zalegających na spągu w bocznych korytarzach, a gdyby nie Luca, stojąca kawałek dalej („- Mnie tu nie ma!"), zatrzymałbym się pewnie dopiero przy Beczce :) Także i tym razem wszystko poszło w miarę sprawnie (choć miejsca wypadków były dość trudno dostępne) i, nie licząc kilku małych i kilku poważnych uchybień, akcja zakończyła się i tym razem sukcesem. No może tylko nasi ratowani nieco zmarzli, ale kto im kazał leżeć na spągu bez karimatki :)? Wstępne podsumowanie naszych wyczynów miało miejsce jeszcze w jaskini, zresztą przy tej okazji przeprowadzone zostały też m.in. pierwsze w świecie podziemne testy wytrzymałości rękawiczek lateksowych (dmuchał Pszczółek, aż do rozpuku) oraz badania rozkładu temperatur wypionowanego poszkodowanego z założonym na głowę śpiworem. Drugie podsumowanie miało miejsce u Pstrąga, i uczestniczyli w nim także Krzysztof R. oraz Rafał K. (KRRK?), którzy dołączyli do nas przy otworze jaskini.

Napojone i nakarmione towarzystwo rozjechało się po Polsce, pełne wrażeń, wiedzy i nowych doświadczeń, które, miejmy nadzieję, nigdy się nie przydadzą w praktyce.

W warsztatach udział wzięli: Kasia Kędracka (SW), Magda Motylińska (SW), Maciek Olinkiewicz — Lama (SW), Andrzej Szerszeń — Pszczółek (SW), Dominik Graczyk — Honzo (SW), Adam Więch (SW), Łukasz Kralczyński (SW), Paweł Mordkowicz — Loti (Sekcja Grotołazów Wrocław). W charakterze pozoranta wystąpił Mikołaj Harasimowicz (SW), a w roli pozorantek i prowadzących warsztaty zarazem: Agnieszka Góralska (SW) i Lucyna Cieślik (Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego).


XII Śląskie Manewry ratownictwa Jaskiniowego - Okiem podziemnego przewodnika.
03. Lipiec 2016

W tym roku po raz kolejny odbyły się Śląskie Manewry Ratownictwa Jaskiniowego, podczas których miał miejsce również epizod nurkowy.

Tarnogórskie sztolnie nurkowym poligonem
22. Sierpień 2015

Relacja 2015 r.

Śląskie Manewry Ratownictwa Jaskiniowego
01. Czerwiec 2012

Cel akcji: wydobycie na powierzchnię poszkodowanego grotołaza, odciętego za syfonem wodnym.